17. PZU Cracovia Maraton – relacja

Królewski dystans w królewskim grodzie, Krakowie, ma swój niepowtarzalny charakter. Nawiązując do słów Napoleona można powiedzieć, że na biegaczy spoglądają tam stulecia historii. Start na Rynku Głównym, największym w Europie, pomiędzy Kościołem Mariackim a Sukiennicami, bieg wśród zabytkowych budowli reprezentujących różne style architektoniczne, od romańskiego (Kościół Św. Andrzeja) po socrealizm (Nowa Huta), wszystko to sprawia, że hasło organizatorów „z historią w tle” doskonale komponuje się z krakowskim maratonem.

Pierwsze kilometry upływają tak szybko, że w pamięci pozostaje niewiele obrazów: szpalery kibiców wzdłuż ulicy Grodzkiej, dostojne mury Zamku Królewskiego na Wawelu, pierwszy punkt odżywczy na Błoniach, Wisła przetaczająca się szeroką wstęgą pod Mostem Dębnickim… To dopiero początek, koncentracja na utrzymaniu właściwego tempa jest teraz zadaniem pierwszoplanowym. Jedynym powodem do niepokoju może być tylko pogoda. Słońce na niemal bezchmurnym niebie zaczyna prażyć coraz mocniej. Brak nadziei na najlżejszy deszcz. Pogoda idealna dla kibiców, ale nie dla biegaczy.
Około 12. kilometra trasa maratonu zaczyna prowadzić bulwarem wzdłuż Wisły. W tym miejscu można jeszcze rzucić okiem na Zamek Królewski, obok którego przebiegniemy za około 28 kilometrów. Pytanie, w jakiej formie wtedy będziemy i o jakim czasie to nastąpi, pozostaje na razie bez odpowiedzi. Teraz kolejne kilometry upływają jeszcze szybko, a wszechobecni kibice dodają skrzydeł startującym.
Za 16. kilometrem innym mostem powracamy na lewy brzeg Wisły. Trasa biegu kieruje nas w stronę Nowej Huty. Po pewnym czasie tabliczka informuje biegaczy, że przed nimi już tylko połowa dostansu. Jeszcze jeden kilometr i wbiegamy w Aleję Jana Pawła II. To najdłuższa prosta tego maratonu, po której trasa prowadzi tam i z powrotem. Tutaj jest okazja, aby przyjrzeć się zawodnikom z czołówki, którzy w walce o najwyższe laury mkną już z powrotem w stronę mety. Trudno uwierzyć, że człowiek może tak pędzić, mając w nogach ponad 30 kilometrów i nie zdradzając żadnych oznak zmęczenia.
Tymczasem słońce świeci coraz mocniej, mięśnie nie są już tak sprawne, jak 20 kilometrów wcześniej, tu i ówdzie rozgrywają się pierwsze maratońskie dramaty. Rozpoczyna się etap prawdy, na którym przedstartowe plany trzeba skonfrontować z brutalną rzeczywistością. W takich chwilach biegaczom bardzo pomaga wsparcie ze strony publiczności, której na szczęście nigdzie nie brakuje. Za 28. kilometrem skręcamy w ulicę Bulwarową. W tym miejscu trasa biegu jest najbardziej oddalona od mety. Pokonanie takiego punktu ma ważny efekt psychologiczny. Kurtyna wodna około 29. kilometra to wspaniały prezent dla maratończyków. Warto poświęcić kilka sekund na zimny prysznic i z nowymi siłami ruszać naprzód!
Wkrótce następuje powrót na Aleję Jana Pawła II i do mety pozostaje już tylko niewiele ponad 12 kilometrów. Trasa jest prawie płaska, ale pokonywanie jej zaczyna przypominać mozolną wspinaczkę. Biegacze poruszają się już zróżnicowanym tempem, są wyprzedzani przez tych, którzy zachowali siły na drugą część dystansu i sami wyprzedzają takich, którzy swoje szanse oceniali zbyt wysoko. W takich chwilach można jednak wyczuć jakąś zbiorową determinację gatunku ludzkiego, której przybywa wprost proporcjonalnie do topniejących sił.
35. kilometr wypada na ulicy Stanisława Lema. To szeroka, wielopasmowa, asfaltowa patelnia, która nie daje żadnego schronienia przed słońcem. Dobrze, że nieopodal znajduje się punkt odżywczy. Dla strudzonego biegacza takie miejsce to róg obfitości. Nawet zwykła woda mineralna ma tutaj cudowny smak, a kostka glukozy jest w stanie oddalić kryzys i tchnąć nadzieje wserce, które niestrudzenie pompuje krew do coraz bardziej zużytych mięśni.
Walka trwa. Za 37. kilometrem trasa maratonu znów prowadzi wzdłuż Wisły. Stado łabędzi płynące po wodach królowej polskich rzek w ogóle nie zwraca uwagi na biegaczy. Przybywa za to kibiców, którzy zagrzewają nas do ostatniego wysiłku. Wreszcie nadchodzi 40. kilometr i znów jesteśmy pod Wawelem. Gdzieś w głębi serca pojawiają się sprzeczne uczucia: radość, bo meta jest blisko i żal, bo bieg się zaraz skończy…
Ulica Grodzka wita nas ogłuszającym dopingiem setek kibiców, który pomaga wydobyć z organizmu resztki sił na ostatnich metrach. Jeszcze tylko parę kroków i biegowa odyseja znajduje swój finał na Rynku Głównym. Wreszcie można unieść ręce w geście triumfu, przekraczając linię mety. Wielkie zmęczenie i jeszcze większa radość. Chwila, na którą warto było długo czekać, przemierzając kilometry na trenigach. Tego dnia kilka tysięcy ludzi pełnych pasji napisało wspaniały rozdział swojej prywatnej historii. Każdy z nich wróci do domu z medalem – bezcenną pamiątką heroicznej walki na królewskim dystansie. Z pomnika na maratończyków spogląda Adam Mickiewicz, jakby chciał im powiedzieć w swoim stylu: „cyrkla, wagi i miary do martwych używaj brył, mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił”.
Na końcu pragnąłbym się jeszcze podzielić fragmentem własnego życiorysu: 22 kwietnia 2018 roku ukończyłem dokładnie 42 lata i 195 dni. Przebiegnięcie maratonu w tym szczególnym dniu jest wspaniałym przeżyciem, zwłaszcza w tak pięknym mieście, jak Kraków. Wszystkim Koleżankom i Kolegom dziękuję za wspólną walkę na trasie oraz za doping w trakcie biegu.

Rafał Michalski – 03:48:31