Życie po setce … maratonów.

Do podzielenia się poniższymi wspomnieniami, jako że jestem najstarszy (stażem) namówił mnie Bartek Gliniecki licząc też na to, że mogą one być inspiracją dla innych. Nie wiem, czy tak się stanie ale mam nadzieję, że chociaż będzie się dobrze czytało.

Szukając atrybutów do tego tekstu  znalazłem archiwalne przedmioty z minionej epoki, np. naszywki z biegów o Grand Prix Jaworzna z 1985 i 1987 r a nawet mapkę z biegu na orientację z 1983, do którego zgłosiłem się jako uczniak podstawówki. Prehistoria. Biegałem jednak głównie za piłką po różnych łąkach i klepiskach. Później kumple zamienili trampki na lakierki, ja zostałem w trampkach i coś trzeba było robić. Zacząłem biegać.

W miarę regularne bieganie rozpocząłem w lipcu 1988 roku z myślą o wrześniowym Warszawskim Maratonie Pokoju. Były to treningi kilkukilometrowe przeciętnie co drugi dzień. Im bliżej było planowanego startu tym bardziej dręczyła mnie myśl, czy wytrzymam taki dystans i postanowiłem to sprawdzić. Weryfikacja miała polegać na przebiegnięciu  maratonu w lesie. Tak dla próby. Wymierzyłem pętlę, wyliczyłem ilość koniecznych powtórzeń i 4 tygodnie przed maratonem pobiegłem. Na początku szło przyzwoicie,  z każdym okrążeniem gasłem coraz bardziej. Na 28 kilometrze leżałem z wycieńczenia ale wstałem i biegłem dalej. Motywowała mnie myśl: jeżeli teraz nie dam rady, to za miesiąc tym bardziej. Doczłapałem zamierzony dystans w czasie 4 godz. 30 min. Bez picia, bez jedzenia. Nawet nie wpadłem na myśl, żeby zabrać ze sobą. Nie przyszło mi też do głowy, żeby zboczyć do domu i pożywić się a było to zaledwie 300 m. Przez następny tydzień miałem kłopoty z poruszaniem się. Ostatecznie we wrześniu nie wystartowałem ponieważ rozłożyła mnie jakaś zaraza i plany musiałem odłożyć na kolejny rok. Nie mogłem zaplanować startu  np. miesiąc później czy wiosną 1989 ponieważ organizowanych maratonów było mało a jeżeli nawet takie były, nie wiedziałem o ich istnieniu. W internecie nie mogłem sprawdzić ponieważ –  niektórym trudno to będzie zrozumieć – internetu wtedy nie było. Miałem wyobrażenie jedynie o istnieniu Warszawskiego Maratonu Pokoju.

Kilka lat później zmierzyłem leśną pętlę bardziej dokładnymi metodami i okazało się, że jest nieco dłuższa niż 750 m czyli przebiegłem około 43,5 km. Małe ultra przed pierwszym maratonem w ramach treningu – taka młodzieńcza fantazja. Z kolei w pierwszym półmaratonie wziąłem udział po przebiegnięciu 11 maratonów. Chyba powinno być odwrotnie.

Czasopisma na temat biegów zaczęły się pojawiać na początku lat 90-tych – „Jogging” i „Maratończyk”, w których można było znaleźć porady treningowe, a także skrócone terminarze biegów. Zagraniczny „Distance Running”, dodawany do pakietów startowych we Wrocławiu był kopalnią informacji o zagranicznych maratonach. Książek o tematyce biegowej właściwie nie było. Pierwsza, która wpadła mi w ręce  miała tytuł  „Ruch to życie” z 1987 r. Można się było z niej m.in. dowiedzieć, jakie są optymalne wartości tętna według naukowców z ZSRR i NRD. Były też kalendarze imprez biegowych. Najstarszy znalazłem z 1989 r, wydawcą był m.in. Komitet Młodzieży i Kultury Fizycznej. Ówczesnym przewodniczącym tego czegoś był TW Alek, znany też jako Aleksander Kwaśniewski. Na załączonym zdjęciu kalendarza widać, jaka była marna frekwencja na maratonach. W nawiasach podana jest liczba uczestników z roku poprzedzającego, tzn. 1988.

We wrześniu 1989 r. byłem już bardziej doświadczony i ”obiegany”. Biegałem w miarę regularnie, chociaż dystanse były krótkie. Uczestniczyłem też w kilku biegach, o których usłyszałem lub przeczytałem w gazecie. Był to np. cykl biegów o Paterę Trybuny Robotniczej (6 – 10 km) i inne.  Nie przyszło mi już do głowy, żeby sprawdzać miesiąc wcześniej na treningu czy podołam. Najtrudniej było dzień przed startem – musiałem wyjść kilkanaście minut przed końcem meczu Victorii, żeby zdążyć na pociąg. Dużo mnie to kosztowało. Sam bieg poszedł całkiem dobrze. Zmęczenie oczywiście było, ale ze ścianą się nie zderzyłem. Innych niespodzianek też nie stwierdziłem. Sam wynik w debiucie nie jest najważniejszy, ale był przyzwoity –  3:51:21. Najbardziej ekscytujące było oczywiście wbiegnięcie na metę – na Stadion Dziesięciolecia (dzisiaj na tym miejscu stoi Stadion Narodowy). Po powrocie i małym odpoczynku planowałem już kolejny start. Wciągnęło mnie i tak trzyma do dzisiaj.

Z czasem dowiedziałem się o istnieniu Maratonie Ślężan oraz o innych, zazwyczaj z bardzo niską frekwencją.  Biegano też w Dębnie ale był to maraton raczej zamknięty – kobiety musiały się legitymować czasem 3:30:00 a mężczyźni 2:45:00. Wkrótce jeden z warunków spełniłem, kobietą jednak nie zostałem. Przez kilka lat biegałem dwa maratony rocznie – Ślężan i Warszawę. W gazetach i czasopismach informowali, że nie wolno biegać więcej niż dwóch w roku i tego się trzymałem. Jeszcze nie wiedziałem, że prasa dalej lubi  kłamać. Maraton Ślężan to dzisiejszy Maraton Wrocław. Ja załapałem się jeszcze na dwie edycje, kiedy trasa wiodła z Sobótki do Wrocławia. Po noclegu na sali gimnastycznej pakowano nas o 7:00 do autobusów i wywożono z Wrocławia na miejsce startu. Dla początkującego maratończyka przejazd trasą, którą za niedługo miało się pokonać był nie lada przeżyciem.

Jak wcześniej wspomniałem,  nie było internetu i prócz swojego zanotowanego wyniku niewiele się wiedziało. Dopiero po kilku tygodniach przychodziły pocztą kompletne wyniki jako ”komunikat końcowy”. Każdorazowo sprawdzałem, czy startował jeszcze ktoś z Jaworzna. Nigdy nikogo nie było. W 1994 r, kiedy dostałem komunikat z Warszawy również upewniałem się, czy ponownie, mimo kiepściutkiego czasu, jestem samozwańczym mistrzem Jaworzna z powodu braku konkurencji. Przede mną jak zawsze – nikogo ale zaledwie minutę z haczykiem później pojawił się jakiś Gębski. Kolejne wyniki z Wrocławia w 1995 r. przeglądałem od końca. Chciałem sprawdzić, czy koleś jeszcze raz się wyrwał i ewentualnie jak daleko jest za mną, wszak miałem czas 27 minut lepszy w porównaniu z poprzednim. Tak doszedłem do mojego wyniku – 3,28,59. Spokojny, sprawdziłem jeszcze kilka nazwisk przede mną… Ten Gębski miał czas 28 sekund lepszy. Ponownie wpadliśmy na metę w bardzo zbliżonej odległości nie wiedząc o sobie. W późniejszych latach, już się znając, wielokrotnie rywalizowaliśmy na różnych dystansach mając bardzo zbliżone rezultaty.

Ciekawostką jest fakt, że tuż przed Grześkiem w tym maratonie był Michał Walczewski – późniejszy twórca witryny maratonypolskie.pl. Warto również zaznaczyć, że w latach 90-tych maratony biegał również (i rusza się nadal) Roman Obertyn z Energetyka Jaworzno z wynikami niepojętymi dla dreptaczy – życiówkę wyśrubował na 2,35 z sekundami.

Pierwszym startem zagranicznym był Berlin Marathon w 1997 r. Inny świat. Kilkanaście tysięcy uczestników, doping niemal na całej trasie i ciągły bieg w tłumie lub (im bliżej mety) mniejszej lub większej grupie. U nas frekwencja była mizerna a maraton w Warszawie przez kilka lat walczył o przetrwanie. Na jednym z nich nie było pożywienia na punktach. W okolicach Wilanowa przebiegaliśmy obok pól, na których rosła kapusta. Niektórzy zrywali liście i w ten sposób się dożywiali. Może warto to przetestować – zdrowa, polska żywność zamiast koncernowych chemikaliów.  Z kolei na Biegu Sylwestrowym w Strzelcach Opolskich, chyba w 1990 nie zapewniono nawet agrafek. Organizatorzy jednak stanęli na wysokości zadania i przygotowali dla biegaczy (uczestników 36) igłę oraz szpulę nici.

Czasy na początku lat 90-tych były trudne zarówno dla biegaczy, jak i organizatorów. O dobrym sprzęcie biegowym można było pomarzyć. Biegało się w tym, co kto miał. Ja pierwsze dwa maratony przebiegłem w prymitywnych, chińskich półtrampkach. Pierwsze niezłe  buty biegowe kupiłem na bazarze w Warszawie – czeskie o nazwie „Marathon”. W porównaniu z półtrampkami – niebo na stopach. Kiedy się zużyły, pojechałem z chęcią kupna takich samych do Czeskiego Cieszyna bo było bliżej. Zdobyłem o  numer za małe ale i tak byłem szczęśliwy. Pakiety startowe też nie były bogate. Na medal w maratonie zawsze można było liczyć ale w innych biegach często była  jedynie naklejka lub plakieta, czasem ceramiczny kufel. Koszulki trafiały się bardzo rzadko. Na moim pierwszym maratonie można było je kupić. Miałem odłożoną kasę na pociąg, równowartość dwóch koszulek. Nie mogłem się oprzeć i kupiłem dwie a ekspresem z Warszawy do Katowic przyjechałem na gapę spędzając podróż w kiblu z myślą: byle do Zawiercia, tam mogą mnie wyrzucić bo jest blisko. Dzisiaj ten numer już by nie przeszedł.

W 1999 r. maraton w Dębnie był już dostępny dla wszystkich. Ponieważ uczestników było 89, spiker na ostatnim okrążeniu przedstawiał każdego z imienia i nazwiska. Przyszła kolej na mnie: ”Z numerem .. zbliża się Robert Chmielewski z Jaworzna. Proszę państwa – przyjechał do nas aż ze Śląska!”. Jestem zadeklarowanym Małopolaninem Zachodnim urodzonym w Jaworznie w woj. krakowskim. Za te słowa (ze Śląska) miałem ochotę zrzucić gościa z podwyższenia, na którym stał, jednak szkoda mi było sekund. Ale poznałbym typa nawet dzisiaj. W tym samym roku na Maratonie Juranda w Szczytnie dostałem jedyny raz kasę za start. Organizator przewidział 30 zł dla zawodnika, który miał najdalej do domu i spośród 76 uczestników padło na mnie. Nie była to do końca prawa, ponieważ spędzałem urlop na Mazurach ale skoro dali to nie protestowałem.

2000 był rokiem dwóch życiówek, w tym jednej ”’w drugą stronę”. W sierpniu na Maratonie Solidarności, wtedy jeszcze z Gdańska do Gdyni, wypadał mój 25 maraton. Chciałem się z tej okazji wykazać i zrobić bardzo dobry wynik, a najlepiej rekord życiowy nie zważając na upalna pogodę – 34 stopnie. Byłem też podbudowany niezłym wynikiem z 18.06 na Maratonie Ekologicznym w Lęborku – 3:21:09. Tempo trzymałem przez 10 km a potem się zaczęło. Na półmetku byłem już zajechany, kolejne kilometry maszerowałem, następne szedłem. Wraz ze mną cierpiały też moje jędrne sutki, co do tej pory nigdy nie miało miejsca. Na około 30 km brakło sił na cokolwiek i położyłem się w jakimś rowie. Przejeżdżający samochód z obsługi biegu chciał mnie zabrać ale się nie dałem. Pozbierałem się i dreptając oraz leżąc na przemian dowlokłem się wycieńczony do mety w czasie 4:34:01, 26 minut przed limitem. Dramat. Przeżyłem na własnej skórze wszystko, co może spotkać maratończyka a o czym do tej pory jedynie czytałem lub słyszałem. Właściwie wtedy nabrałem pokory do tego dystansu. Później, z komunikatu końcowego dowiedziałem się, że z powodu upału maratonu nie ukończyło prawie 1/3 uczestników – do mety dotarło 174, wycofało się 76. A ja miałem dosyć biegania. Postanowiłem, że wyjdę na trening jak mi się zachce. Zachciało mi się po 12 dniach. Dwa miesiące później w Poznaniu noga podawała jak nigdy. Zero kryzysów, równe tempo dało czas 3,15,19 co oznaczało życiówkę. Wtedy wydawało mi się, że w każdym kolejnym maratonie poprawię swój wynik aż w końcu zbliżę się do trójki, a może nawet ją złamię. Taką nadzieję dawały życiówki na innych dystansach – półmaraton 1:26:58, 10 – 37:46.  Do złamania trójki konieczne jest jednak trenowanie, nie samo bieganie. Ja nie korzystałem z planów treningowych, po prostu biegałem. Czasem próbowałem stosować treningi książkowe, ale zabijały one przyjemność z biegania. Poza tym organizm przyzwyczajony przez lata do określonego obciążenia buntuje się przy zwiększeniu objętości czy intensywności. Uznałem, że lepiej jest „zwolnić” i pogodzić się, że wyniki będą gorsze niż chciałoby się mieć a w zamian może ominą mnie kontuzje, później się „zdeptam”  i będę mógł cieszyć się bieganiem dłużej. Póki co to się spełnia.

W latach dwutysięcznych – już jako Klub Biegacza – zaczęliśmy biegać maratony w Europie. Pierwszym zorganizowanym (ale na własny koszt – prezes klubu do dzisiaj powtarza, że do zagranicznych dopłacać nie wolno) był maraton w Budapeszcie w 2005 r. Pojechała ekipa żądna mocnych wrażeń: Daria Ciupek, Robert Ciupek, Grzegorz Gębski, Norbert Jachymczyk, Piotr Westenholz (Polak) i autor tego tekstu. Gościny udzieliło nam – później jeszcze wielokrotnie –  Szigethalom k/Budapesztu, miasto  partnerskie Jaworzna. Następnie były jeszcze m.in: Wiedeń i Berlin 2006, Rzym i Wilno  2007, Bornholm 2008 (organizowany supermaraton, maraton i półmaraton), Bratysława 2009, Johannesbad (Niemcy) 2010, Ljubljana 2011 i inne. Chociaż właściwie pierwszym zagranicznym w barwach klubu był Vigarano Maraton (w pobliżu Ferrary) w 1998, gdzie startowaliśmy razem z Grzegorzem.

W 2005 w Dębnie Piotr Westenholz zrobił  rewelacyjny czas – 2,51,14. Długo był rekordem klubowym. Dopiero Mariusz Ignacak poprawił ten rezultat w Budapeszcie w 2014 r. na 2,49:52.  Już w barwach innego klubu ciągle poprawia wyniki. Mnie ten bieg utkwił w pamięci z innego powodu. W poprzedzający maraton wieczór poszedłem na miasto posilić się. Ni stąd, ni zowąd wyskoczyły dwa kundle, pokąsały mnie w łydkę i uciekły. Ludzi było sporo a upatrzyły sobie właśnie mnie. Pokąsanie nie było bardzo bolesne ale ślady widoczne a co najgorsze nie wiadomo było, czy są zarażone wścieklizną. Zaryzykowałem, nie przyjąłem szczepionek i żyję do dzisiaj. 3 lata później, również w Dębnie biegłem swój 50-ty maraton. Po biegu był szampan a w przeddzień maratonu… nieważne, ten wątek nie jest na tą stronę. Ale nawodnieni byliśmy jak nigdy dotąd. A typa, który w 1999 ogłosił, że przyjechałem ze Śląska nie spotkałem.

Z kolei w 2007 we Wrocławiu byłem bardzo blisko wylosowania Mercedesa Smart. Miałem numer 1054, samochód wylosował 1056. Przyjąłem to z godnością, wszak  biegam dla przyjemności – nie dla profitów. Na pocieszenie wręczono mi okolicznościowy medal. To była 25 edycja i wszyscy, którzy ukończyli minimum 10 z nich otrzymywali taki gadżet. Na tamten moment nawet nie wiedziałem, że nazbierało się ich już tyle chociaż każdy skrzętnie zapisuję.

Kiedy przebiegnie się ileś maratonów zaczyna się rozmyślanie o 100 kilometrach. Rozmyślałem tak kilka lat ale uważałem, że to jednak za dużo, za wcześnie i mogę nie podołać. Aż kiedyś w 2005 r. 5 dni po maratonie w Budapeszcie zadzwonił Grzegorz. Zakomunikował, że jedzie za 2 tygodnie na setkę do Kalisza i czy mnie zapisać. Czasu do namysłu miałem może minutę a nie wypadało powiedzieć, że wymiękam. Pojechaliśmy, z nami był też Piotr Westenholz. Bieg okazał się nie taki straszny, jak się spodziewałem.  Przebiegłem w miarę równym tempie chociaż przewidywałem, że w pewnym momencie zacznę maszerować. Wynik 10:13:17 (konieczne minimum wynosiło wtedy 10:30:00) był kwalifikacją do Spartathlonu w Grecji (246 km). Kiedyś o nim marzyłem, potem trochę planowałem ale już mi przeszło. Z pewnych rzeczy się wyrasta. Cała trójka została uhonorowana za Kalisz przez Prezydenta Jaworzna pamiątkową tablicą i uściskiem dłoni jednego z włodarzy – nie pamiętam którego. Wtedy taka setka w skali Jaworzna to było coś. Dzisiaj, żeby zostać zauważonym należałoby chyba przebiec Ultramaraton Pokoju Hiroszima-Nagasaki 460 km. Bo Bieg 7 Szczytów 240 km już raczej nie wystarczy. W ubiegłym roku jaworznickie cyborgi – Artur Padewski i Andrzej Bogacki – ukończyli ten morderczy dystans a o fakcie tym wiedzieli głównie ludzie z branży.

Do setnego maratonu dociągnąłem niejako przy okazji. Nie spinałem się, żeby nastąpił  jak najszybciej. Z czasem biegałem od 4 do 6 w roku, w porywach do 7 + ultra. Jedynie w 2016  przebiegłem 8 żeby jubileuszowy wypadł w Koszycach – najstarszym maratonie w Europie. Na teraz nazbierało się 105 i rozmyślam o kolejnych.  Z ostatnich  pamiętny był też Krak-Maraton w styczniu 2017 przy temperaturze minus 18 stopni. Wystarczył lekki wiatr i członki sztywniały, prawie wszystkie. Ciekawiej mieli morsujący tego samego dnia na Sosinie, tam było minus 28.

Nasuwają mi się na myśl również inne biegi oraz ciekawe zdarzenia z nimi związane już w czasie istnienia naszego klubu. Może kiedyś, jak znowu dostanę weny, napiszę o kilku z nich.

Robert Chmielewski , rocznik 1970